Kocham cię jak Normandię

etretat z logo
Źródło: Madame Fleurette

Dziś znowu będzie słów kilka o podróży. Tym razem do północnej Francji. Może powinnam założyć blog podróżniczy?!

Celem niniejszego wojażu było miasteczko Étretat w północnej Normandii. Słynące, nie tylko, z widoków białych jak śnieg klifów, kontrastujących z błękitem oceanu, lecz także, z nieco mniej oczywistych atrakcji turystycznych, jak dom Arsène’a Lupina, fikcyjnej postaci włamywacza-przystojniaka, popularnej w popkulturze francuskiej czy pola golfowego, z prawdopodobnie najpiękniejszym nadmorskim widokiem we Francji. Sama mieścina jest tak urokliwym miejscem, jak tylko można to sobie wyobrazić. Wąskie uliczki, drewniane budynki. Mimo listopadowej pluchy, czerwone pelargonie na parapetach restauracyjek i kawiarni. Sceneria odrobinę przypominająca kadry z animowanej wersji „Pięknej i Bestii” Disneya. Ale najpierw trzeba było tam dotrzeć.

Pomyliłam godziny wylotu i wyruszyłam z domu tylko pięćdziesiąt minut przed startem samolotu. To jest bardzo mało czasu! Człowiek przy zdrowych zmysłach byłby na lotnisku już pół godziny przed moim wyjazdem. Droga z mieszkania do Portu Lotniczego imienia Nikoli Tesli zajmuje zwykle około trzydziestu minut, może trochę dłużej. Tym razem taksówkarz mknął, przez ulice miasta jak wiatr i udało mi się zdążyć na czas. W odprawie paszportowej też kolejek nie było, więc miałam nawet chwilę na zakupy w duty free! Od rana męczyła mnie migrena, poszłam więc nabyć drogą kupna pigułki przeciwbólowe. Pani w aptece poleciła mi ibuprofen i napój izotoniczny, a na odchodne powiedziała żebym uzupełniała tego dnia płyny. Nie tłumaczyłam jej, że mój ból głowy nie jest powodowany kacem. Nie wiem dlaczego tak założyła. Może nie wyglądałam tego dnia specjalnie korzystnie!

Lecieliśmy z Belgradu do Paryża przez Wiedeń. (Więcej przygód z lotniska w Wiedniu znajdziecie tu). Nie będę się tutaj rozwodzić nad absurdami podróży. Powiem tylko, że biegaliśmy przez 50 minut po lotnisku, w tę i z powrotem, tylko po to żeby przejść kontrolę paszportową, mimo, że jesteśmy członkami UE, a później jeszcze bagażową, którą już raz odbębniliśmy, wylatując z Serbii. Ale tu nie jest Schengen, a tam jest. Cytując klasyka: „Taki mamy klimat”.

W Paryżu wynajęliśmy młodszego brata Fiata Multipli, równie urodziwego Jeepa Renegade. I tak, naszym kredensem na kołach udaliśmy się do Wersalu. HELL YEAH! Mam znajomych w Wersalu! (A teraz informacja dla wszystkich tych, którzy, byli największą porażką nauczycieli geografii lub historii w podstawówce i uważają, że mam kolegów z pałacem o siedmiuset pomieszczeniach. Wersal – pisownia oryginalna Vrsaille – był kiedyś małą wsią pod Paryżem, a później le Roi-Soleil wybudował tam pałac i spokojne wiejskie życie mieszkańców pękło jak bańka mydlana. Dziś miasteczko jest pożądaną lokalizacją dla tych, którzy chcą mieszkać blisko stolicy i jednocześnie zażyć odrobiny odpoczynku od zgiełku metropolii).

Wersalskie komnaty opuściliśmy nazajutrz rano. Całą drogę na północ lało się z nieba jakby ktoś odkręcił hydrant. Ileż radości przynosiło nam naigrawanie się z naszych mężczyzn, którzy zarezerwowali sobie popołudnie na partyjkę golfa. Trzy godziny jazdy samochodem wymyślałyśmy, żarty o grze w golfa w gumowcach, sztormiakach, a nawet łodziach. Pięćdziesiąt kilometrów przed oceanem zaczęło się przejaśniać. W promieniu dwudziestu kilometrów od pola golfowego, tego dnia w ogóle nie padało. Byłam ogromnie zawiedziona złośliwością aury.

Pole golfowe.jpg
Źródło: Madame Fleurette (Widok z pola golfowego w Étretat)

A teraz kilka kwestii organizacyjno-sytuacyjnych. Jak ja, jadę na weekend nad morze, późną jesienią. Z zamiarem zażywania ruchu na świeżym nadmorskim powietrzu. To zabieram ze sobą wygodne buty, luźne dżinsy, kurtkę przeciwdeszczową i ciepłą bluzę z kapturem. Ale Francuzi nie! Oni pakują wełniane płaszcze, błyszczące, skórzane buty i kaszmirowe szaliki. To nic, że na szczycie klifu marzną, mokną, a wiatr prawie urywa im głowy. Za to jak oni się prezentują!

Jak ja, w taki wolny weekend, zmęczona walką z pogodą i kilkugodzinną wędrówką, idę na kolację w hotelowej restauracji, to nie suszę włosów po kąpieli, zakładam japonki i bluzę żeby czuć się jak najbardziej swobodnie, w czasie gdy będę się raczyła piwem, o którym marzę już od kilku godzin i ciepłą strawą. Ale Francuzi nie! Dziewczyny robią makijaż i przywdziewają wysokie obcasy, a ich partnerzy (na czele z moim), obowiązkowo nie zdejmują szalików i zakładają marynarki. A na początku kolacji nie zamawiają piwa, lecz butelkę szampana. By uczcić wspaniale zapowiadający się wieczór z przyjaciółmi.

Siedziałam, więc przy stoliku, w wersji sauté, odziana w różową bluzę z trzema paskami na piersi, obuta w japonki. I sącząc szampana myślałam o tym, że jako jedyna na tej, pełnej ludzi, sali nie wyglądam jakbym miała kij wbity we wrażliwą część ciała.

Klif.jpg
Źródło: Madame Fleurette

4 myśli w temacie “Kocham cię jak Normandię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s