Czuję bluesa

tytułowy.jpg
Źródło: Madame Fleurette

Jak człowiek studiował, że się posłużę cytatem z Kazika: w „dawnej stolicy Polaków”, to nie wymagał od knajpy zbyt wiele. Miejsce mogło być obskurne, i oddalone od snobistycznego Kazimierza czy Rynku Głównego o lata świetlne. Byle podczas Happy Hours można tam było dostać piwo w objętości 500 mililitrów za pięć Złotych Polskich. A jeżeli do tego znajdowało się w promieniu 500 metrów od akademika, to już w ogóle było knajpą idealną. Nie chciałabym nazywać naszego ulubionego baru niedaleko wydziału samogłosek speluną, ale klub Scena 54 to też nie był. Jednak to, na co natrafiliśmy w Serbii całkowicie zmieniło moją mocno ugruntowaną definicję meliny.Belgrad jest imprezową stolicą dla młodzieży z Europy Zachodniej. Nic w tym dziwnego, skoro odkąd latają tutaj węgierskie, różowe linie lotnicze, podróż w obie strony z Paryża kosztuje 75€, ze Sztokholmu 60€, a z Hanoveru 40€. Dobę w prywatnym, przyzwoitym pokoju z Airb&b można znaleźć za 12€. No i wiadomo, drinki są tutaj kilkukrotnie tańsze niż w stolicy Francji czy Szwecji. Stawki całkiem niezłe, nawet dla polskiego studenta amatora podróży. (Z tą różnicą, że z ojczyzny Maryli Rodowicz nic taniego tu nie lata). W imprezowej części miasta na brzegu Savy można znaleźć mnóstwo bezpłciowych klubów na modłę zachodnią, nastawionych na inkasowanie euro od młodych obcokrajowców. My jednak trafiliśmy na coś zgoła innego.

Pewnej mroźnej soboty ruszyliśmy kloaki z kanapy i poszliśmy się zabawić na Skadarlji. Ulica ta jest nazywana Belgradzkim Montmartre. Uważam, że porównanie równie trafne, co nazywanie Bydgoszczy Wenecją Północy. W każdym razie cała dzielnica słynie z restauracji i kawiarni, w których można się świetnie bawić i nieźle zjeść. Większość znajdujących się tam lokali to miejsca o typowo serbskim charakterze z lekko artystycznym vibem. Spacerując deptakiem wyłożonym kocimi łbami odbiliśmy w pewnym momencie w prawo i odniosłam wrażenie, że znaleźliśmy się w innym mieście.

Za niepozorną, żółtą bramą wyglądającą jakby prowadziła do jakiegoś peerelowskiego zakładu pracy, znajdował się mały dziedzińczyk otoczony przeróżnymi knajpami. Od industrialnej piwiarni, po typową serbską restaurację. Nasz wybór padł na zdecydowanie najbrzydszy bar w jakim dane mi było kiedykolwiek się znalaleźć, ale Bluz i Pivo (pisownia oryginalna) jest bez wątpienia miejscem z duszą! Latem do środka wchodzi się przez ogródek na tarasie, zimą przez drzwi do starej szafy. W środku knajpa wcale nie przypomina jednak Narnii, powiedziałabym raczej, że wygląda jakby ucierpiała podczas operacji Allied Force, ale remont miejsca postanowiono ograniczyć do załatania największych dziur płytą kartongipsową i pianką izolacyjną. Tego wieczora padał śnieg, więc przez wszystkie otwory i szpary do wnętrza lokalu, rozgrzanego żarem tańczących, ludzkich ciał, dostawała się woda. Na szczęście jej nadmiar natychmiast wsiąkał w betonową posadzkę w sposób prawie niezauważalny dla lekko podchmielonych klientów. Umeblowanie baru prezentowało się niczym znalezione w magazynie Caritasu i systematycznie polewane drinkami. Przy świadomości jak bardzo wilgotno i ciepło było w pomieszczeniu, zajęcie pluszowego fotela napawało mnie lekkim obrzydzeniem. Jestem przekonana, że drobnoustroje wewnątrz siedzenia już niedługo będą zdolne przejąć władzę nad światem, bo warunki do rozwoju kolonii mają idealne. Jeżeli chodzi o drinki, lokal miał do zaoferowaniato to co w nazwie. Piwo, 2 rodzaje, serbskie i serbskie. No i jeszcze bardzo kiepskiej jakości rakiję.

 

drzwi.jpg
Źródło: Madame Fleurette (Kawałek szafy służący za wejście do knajpy)

Skoro bar był taki obskurny, to co skłoniło nas do zawitania w jego progi? Stary, dobry, amerykański blues. Muzykę, graną na żywo można było usłyszeć po drugiej stronie ulicy, skąd przyciągnął nas do siebie bit zespołu o wysublimowanej nazwie RUCHAJ (OK, zespół tak naprawdę nazywa się Raw Hide, ale podczas koncertu z ust wokalisty wydobywały się głoski brzmiące jak rodzime „ruchaj” dając tym samym wiele radości polskiej części widowni). Band składa się z czterech członków, z których każdy wygląda jakby pochodził z innej bajki. Wokalista – oldboy, który sprawia wrażenie jakby nie rozumiał, że brakuje mu fejmu i hajsu by mieć groupies. Smutny klawiszowiec, chudy tak, jakby mógł złamać go mocniejszy podmuch wiatru. Perkusista znudzony wybijaniem na garach ciągle tego samego rytmu. Jednak, na głowę bije wszystkich srogi basista w kowbojskim kapeluszu, z długą kozią bródką i miną Javiera Bardema w „To nie jest kraj dla starych ludzi”. I chociaż ta z pozoru zupełnie niepasująca do siebie zgraja, wyglądała na scenie bardziej jak Ryszard Rynkowski z zespołem niż jak Mick Jagger z The Rolling Stones, to wszyscy klienci baru bawili się przy ich muzyce wybornie! Po zakończeniu koncertu poszliśmy do innego baru, prezentował się o niebo lepiej, ale on nie zostanie w mojej pamięci na dłużej. Lata lecą, a do tego żeby się dobrze bawić wciąż nie trzeba wiele. Wystarczy wyśmienite towarzystwo, dobra muzyka i tanie piwo.

fotel.jpg
Źródło: Madame Fleurette (Zielona deska zasłania dziurę w ścianie)


6 myśli w temacie “Czuję bluesa

  1. chyba przespałam studia… postaram się nadrobić! no to już mam moje postanowienie noworoczne – znajomi.. knajpka.. piwo (może zasmakuje).. i wreszcie będę mogła „prawdziwie” zaśpiewać moja ulubiona piosenkę Dżemu..😉

    Polubione przez 1 osoba

  2. „Tylko nocą do Klubu „Puls”
    Dżem session do rana tam królował blues
    To już minęło, ten klimat, ten luz
    Wspaniali ludzie nie powrócą,
    Nie powrócą już!.. ”
    a może jednak powrócą?😀

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s