Dyplomata

man-968102_1920
Źródło: pixabay.com, Olichel

Kiedy w mojej głowie pojawia się słowo „dyplomata”, to bezwiednie zaczynam nucić pochodzącą z „Taty Kazika” melodię. A że słowa są po rosyjsku i nic nie rozumiem, to wyśpiewuję dźwięki danych głosek w sposób odpowiadający temu co słyszę, a że rytm pieśni jest niezwykle szybki i nie jestem w stanie nawet rozróżnić poszczególnych sylab, to z moich ust wydobywa się słowiańsko brzmiący bełkot. Taki sam jak przed laty, kiedy to „Dyplomata” był gościem każdej osiemnastkowej imprezy. Niniejszy tekst dedykuję osobie, która kocha „Dyplomatę” prawie tak mocno jak „Celinę”. (Wideo pozwoliłam sobie zapożyczyć z kanału S.P. Records na You Tube).

Dzisiaj nie będzie o przeszłości z lat młodzieńczych, ani o Kaziku, ale będzie o dyplomacie, takim prawdziwym. Miałam niedawno okazję rozmawiać z przedstawicielem francuskiej dyplomacji, który na początku rządów Trumpa miał możliwość pracować w Washington, D.C. I to jest, proszę państwa, zupełnie inny level konwersacji!

Spotkaliśmy się na przyjęciu dla bardzo ograniczonej liczby gości. Posadzono nas ramię w ramię i tym sposobem zostaliśmy na siebie skazani do końca wieczoru. Nie żebym miała coś przeciwko, facet jest młody, przystojny, trudni się interesującym zawodem i posiadł rzadko spotykaną umiejętność prowadzenia rozmowy w sposób niewiarygodnie zręczny. Mimo wszytko cała sytuacja była dla mnie lekko męcząca. Choć dla ludzi, którym wydaje się, że mnie znają, informacja ta może sprawiać pozory nieprawdziwej, to jestem typem introwertyka. Zamaskowanym, ale jednak introwertykiem. Może moja dysfunkcja, nie jest tak daleko posunięta jak u postaci granej przez Edwarda Nortona w filmie „Fight Club” Finchera (no i moje alter ego nie wygląda niestety jak trzydziestoletni Brad Pitt), ale ja również mam lekkie zapędy socjopatyczne. No, nie lubię ludzi! Spotkania towarzyskie z obcymi sporo mnie kosztują, dlatego muszę zwykle odreagować je, czytając książkę lub wykonując jakąkolwiek inną czynność, koniecznie w samotności. Najzwyczajniej w świecie potrzebuję czasem odpoczynku od ludzi. Na asamblach, gdzie (oprócz mnie) wszyscy wszystkich znają i lubią (mniej lub bardziej), przedkładam przycupnięcie w kącie niezauważoną i oddawanie się rozkoszy obserwacji pozostałych, nad branie czynnego udziału w konwersacji. Generalnie wolę być cicho i pozwolić innym zastanawiać się nad tym czy jestem głupcem, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości. Zasada „siedź w kącie, a zapomną cię” bardzo mi w takich okolicznościach odpowiada.

Ale nie tym razem. Mój nowy znajomy, wyćwiczony w bywaniu oraz sztuce dyplomacji, wiedział co robić i w jaki sposób zadać te wszystkie mało znaczące pytania żeby zmusić mnie do  rozmowy. Co myślę o pogodzie, co myślę o mieście, co myślę o Francji, co myślę o Francuzach. Kurcze! No nic nie myślę! Cieszę się, że nie padał dziś śnieg. Miasto jak miasto, nie urywa tyłu. Kraj jak kraj. Ludzie jak ludzie, można wśród nich znaleźć zarówno bardzo głupich jak i bardzo mądrych. No i na wszystkie te pytania musiałam odnaleźć w czeluści swych połączeń synaptycznych odpowiedzi w miarę elokwentne, pozbawione niestosownych żartów (a niewybrednymi żartami na temat Francuzów zwykle sypię jak  z rękawa!). Męka! Za to jego wyćwiczone, do granic uprzejme, reakcje na moje odpowiedzi sprawiały, że ma wewnętrzna bogini fikała koziołki ze śmiechu! Podczas naszej dwugodzinnej rozmowy o niczym, słowo „interesting” (wypowiedziane z jawnym przekonaniem, zapewne w celu zabicia ciszy i zmuszenia mnie do kontynuowania wywodu na temat śniegu w Polsce) usłyszałam więcej razy niż w całym dotychczasowym życiu. Tego „hm, interesting” muszą uczyć  w jakichś szkołach dla polityków, no bo bez jaj! Nie ma nic interesującego w tym, że pochodzę z regionu, gdzie przeważają tereny górzyste, których najwyższe szczyty nie osiągają nawet 2000 m n.p.m. Jednak jego mimika, długość spojrzeń prosto w oczy czy mowa ciała wskazywały na to, że mogłabym zastąpić najbardziej interesującego człowieka na świecie w reklamie piwa Dos Equis. Czułam się ważna, czułam, że mój głos się liczy. Dotychczas myślałam, że jestem na politykę odporna. Nie wierzyłam w to, że owi gracze potrafią z taką zręcznością i łatwością manipulować ludźmi, dopóki sama nie stałam się ofiarą tych imponujących umiejętności. (Przyznaję, że ciemne oczy mojego rozmówcy otoczone wachlarzem długich rzęs i osnuwający przestrzeń wokół  niego zapach Grey Vetiver od Toma Forda nie sprzyjały mojej rezystancji).

Niestety, deprymująca była dla mnie niemożność odwdzięczenia mu się pytaniem. Bo o co można zapytać dyplomatę? Co myślisz o sytuacji na Bliskim Wschodzie? No niby w porządku. Pytanie tym bardziej zasadne, że akurat siedzieliśmy nad talerzami wypełnionymi po brzegi syryjskim jedzeniem. Jednak odrobinę ryzykowne, biorąc pod uwagę moją szczątkową wiedzę na ten temat geografii, historii czy polityki Lewantu. Zaczęliśmy w końcu rozmawiać o Belgradzie i jakoś dobrnęliśmy do końca wieczoru, ale czy można nazwać go udanym? Nie sądzę. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Po tejże kolacji naszła mnie pewna refleksja. Bywa tak, że milczenie nie zawsze jest złotem. Nadszedł czas by zacząć uczyć się sztuki konwersacji. Lepiej późno niż wcale!


Jeżeli ktoś z Was ma ochotę przeczytać książkę autorstwa mojego nowego znajomego o byciu młodym dyplomatą w czasach administracji Trumpa, proszę napisać do mnie maila na adres: ontheroundabout.blog@gmail.com. Chętnie podam Wam tytuł książki i link do strony, gdzie można ją nabyć. Niestety jest ona dostępna wyłącznie w języku francuskim.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s