Kraina kwiatem pomarańczy pachnąca, czyli weekend w Maladze

pomarańcza.jpg
Gdzieś w drodze do Rondy

Jestem już dużą dziewczynką i rozumiem niektóre prawidła działania Wszechświata, związku, mężczyzn, kobiet. W kwestii prezentów, szczególnie tych otrzymywanych od partnera, im więcej oczekujesz, tym bardziej bywają one nietrafione. Liczysz na pierścionek pod choinkę, żeby było romantycznie, żeby mama się popłakała. Dostajesz książkę kucharską. Owszem, pięknie wydaną, ale wciąż bez brylantu. Na dzień kobiet czy walentynki kwiatki, może czekoladki. Zasada jest bardzo prosta. Chcesz prezentu, z którego będziesz zadowolona? Kup go sobie sama! Bez niepotrzebnych wyrzutów. Jeżeli on uważa, że kiepsko prowadzisz i dlatego nie pozwala Ci wsiąść za kółko swojego samochodu. To niby dlaczego Ty masz mu pozwalać na to by robił Ci kiepskie prezenty? Oczywiście zawsze gdy dostajesz od niego wiecheć ciętych badyli, albo ogrodowe widły, skacz z radości i dziękuj serdecznie. Doceń go. W następnym tygodniu u jubilera, albo w ulubionym butiku z konfekcją damską będziesz miała okazję docenić samą siebie.

Spuszczę zasłonę milczenia na tegoroczny prezent z okazji Dnia Kobiet. Wersja oficjalna jest taka, że pojechaliśmy na weekend do Hiszpanii, ale tak naprawdę nasza wycieczka nie miała nic wspólnego ze świętem dam, po prostu daty obu eventów zbiegły się w czasie. I nie chcę narzekać, ale przecież kupiona raz  do roku bransoletka jeszcze nikomu nigdy nie zrobiła krzywdy!

Spędziliśmy trzy słoneczne, wypełnione owocami morza i słodkim winem dni na południu Andaluzji. Zacznę od tego, że jest to miejsce dla ludzi o mocnych nerwach. I bynajmniej nie mam na myśli walk byków. Nie znoszę seplenienia w wykonaniu osób powyżej siódmego roku życia, a Hiszpania brzmi jakby w całym kraju zabrakło logopedów. Nazywanie tegoż języka śpiewnym jest mocno przesadzone. Opis podróży winnam zacząć od Malagi. Miasta o dualnym charakterze. Z jednej strony pełnego starych, wąskich, brukowanych uliczek. Przepełnionych kawiarniami, restauracyjkami i barami z tapas, gdzie wyczerpani spacerem w piekącym słońcu turyści mogą ugasić pragnienie mniej lub bardziej tradycyjną sangrią. W zabytkowej części miasta czuć dostojeństwo minionych wieków zsyntetyzowane z hiszpańskim, radosnym stylem życia. To miejsce, gdzie chce się zwolnić, cieszyć chwilą, napić wina patrząc w błękit bezchmurnego nieba. Z drugiej strony jest Malaga również częścią Costa del Sol, które w tym konkretnym miejscu nie robi najlepszego wrażenia. Wysokie molochy hoteli wybudowanych bezpośrednio na wybrzeżu, gdzie tysiące Januszy i Grażyn przyjeżdżają co roku by spędzić swoje wakacje all incusive w Hiszpanii sprawiają, że wizyta na plaży w Maladze jest jednym z ostatnich punktów jakie chciałam odwiedzić w mieście. Ponadto nie sposób nie wspomnieć o tłumach. Nie lubię ludzi i niespecjalnie chcę nad tą wadą pracować. Miasto jest pełne turystów nawet początkiem marca, na długo przed sezonem. Nie działa to na jego korzyść.

gibralfaro
Zachód słońca nad Malagą widziany z punktu widokowego na zamku Gibralfaro

Nie oznacza to wcale, że miasta w ogóle nie watro odwiedzić. Poza wspomnianą sprzyjającą odprężeniu atmosferą, warto wspomnieć o miejscach takich jak zamek Gibralfaro, z którego rozpościera się zapierająca dech w piersiach panorama miasta. Czy monumentalna, powstała na miejscu dawnego meczetu, Katedra Wcielenia, będąca przykładem synkretyzmu stylów renesansowego, gotyckiego i barokowego. Tym co nie są skłonni wydać 6€ za zwiedzanie wnętrza kościoła (bez opłaty nie da się doń niestety wejść) polecam rzucić okiem na maleńki ogród w dziedzińcu tuż przy bocznym wejściu. Zapach kwiatów pomarańczy jaki się tam unosi (wiosną) działa odurzająco. Amatorom restauracji i kafejek pozostaje wypicie chłodnego drinka w jednej z knajpek  znajdujących się na małym placyku tuż przed głównym wejściem do Katedry.

katedra.jpg
Katedra w Maladze. Zdjęcie zrobione znad talerza z paelą w ogórdku jednej z restauracji znajdujących się na placu, tuż przed głównym wejściem do kościoła

W Maladze urodziły się dwa słynne hiszpańskie symbole. Symbol seksu lat 90tych – Antonio Banderas – oraz symbol malarstwa XX w. – Pablo Picasso. Wspominam o tym, bo zawsze fajnie jest przypomnieć sobie Banderasa z Filadelfii, Evity czy Grzesznej Miłości, ale również dlatego, że w mieście znajduje się muzeum poświęcone twórczości pioniera nurtu kubistycznego w sztuce. Faktem jest, że nie natkniemy się tam na najsłynniejsze obrazy malarza jak Panny z Awinionu czy Guernicę, ale wystawa obejmuje ponad sto dzieł artysty, nie tylko jego płócien, ale również rzeźb i wyrobów ceramicznych. Dla wszystkich zainteresowanych sztuką jest to zdecydowanie must see na mapie miasta.

ronda.jpg
Ronda

Ostatniego dnia wybraliśmy się na małą wycieczkę szlakiem białych miasteczek (pueblos blancos). Jeżeli znajdziecie się kiedyś w Andaluzji, to gorąco polecam byście zobaczyli kilka z tych malowniczych, położonych pośrodku niczego wiosek. My wyruszyliśmy przez Antequerę do Rondy. Słynącej z rzędu białych domków wyrastających wprost ze skał. I choć miasteczko jest urocze, to jednak mocno przeładowane turystami (jeżeli na początku marca ciężko było przepchnąć się pasażami nad wąwozem gdzie można zobaczyć słynne białe domki, to nie wyobrażam sobie co tam musi się dziać w sezonie). Pospacerowaliśmy trochę, zgubiliśmy się w gąszczu wąskich uliczek, kupiliśmy truskawki (początek sezonu!) I czem prędzej udaliśmy się do samochodu, by ruszyć przed siebie w nieznane. Zarówno Antequera, jak i Ronda mają swój urok, jednak samochodową wycieczkę polecam nie dla nich, ale raczej dla podróży samej w sobie. Mijany krajobraz zmienia się z iście księżycowego w wyższych, wysuszonych przez piekące słońce, partiach gór, po soczyście zielone lasy piniowe porastające nadmorskie zbocza. Jest coś magicznego w tych kalejdoskopowych pejzażach. Warto choć na kilka godzin zgubić się pośród sadów pełnych niedużych drzew uginających się pod ciężarem soczystych pomarańczy i żółtych cytryn. Zrobić sobie piknik w dziko rosnącym gaju oliwnym. Przystanąć, by zobaczyć jak regeneruje się kora dębu korkowego. Można wypić kawę w liczącym około 200 mieszkańców Atajate i zachłysnąć się atmosferą hiszpańskiej prowincji. Gdzie jest cicho, jest pięknie, jest bajecznie, jest bosko.

korek.jpg
Regenerująca się kora dębu korkowego

Do Andaluzji chcemy wrócić na dłużej by móc zobaczyć co jeszcze ma do zaoferowania region. Odwiedzić Sewillę, Cordobę, zgubić się w gąszczu brukowanych uliczek innych białych miasteczek. Nie wiem kiedy, czas pokaże.

mapa
Trasa naszego małego Pueblos Blancos trip

Zamiast bransoletki kupiłam płaszcz.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s