Roma

cuisine-1854246_1920.jpg
Źródło: pixabay.com, pexels

Jest na świecie takie miejsce, gdzie pojęcie węglowodanów zostaje naturalnie wypierane przez podświadomość. To czy pójdą one w przód, w tył, czy może w boczki przestaje mieć znaczenie. Przysłowie mówi, że prowadzą tam wszystkie drogi. Mnie prowadzi tam, rozpasanie, rozpusta i rozkosze podniebienia. Pieprzyć dietę!

Spotkaliśmy się w Rzymie z ze znajomymi Pana Fleurette. Celem wycieczki, poza reunionem amatorów wina, Negroni czy Bellini (i bynajmniej nie mam tutaj na myśli włoskiego kompozytora), był mecz rugby Francja kontra Włochy. Cóż mogę powiedzieć o rozgrywce? Ostatni raz nudziłam się tak bardzo oglądając grę w krykieta. W Wiecznym Mieście starły się ze sobą dwie drużyny, z których żadna nie była teamem z Polski, więc wynik był dla mnie mniej więcej tak samo interesujący jak prace nad nowym, silnikiem diesla do VW Golfa. Emocjonowanie się rezultatem gry zostawiłam moim sąsiadom z krzesełek obok (mieszanina żabojadów i makaroniarzy).

Zasady gry pozostały daleko poza moimi granicami poznania. Owszem jeden z Francuzów był na tyle uprzejmy by chcieć wytłumaczyć mi przepisy, ale muszę przyznać, że ja nie byłam na tyle uprzejma żeby chcieć go słuchać. Tak naprawdę, ciekawsze wydawało mi się rozważanie nad zapachem panującym wewnątrz koła stłoczonych wokół siebie spoconych, męskich ciał w skwarze rzymskiego  słońca, które nawet w marcu potrafi nieźle przygrzać, niż powód, dla którego owo koło w ogóle się utworzyło. Jakieś pół godziny przed końcowym gwizdkiem zaczęłam nawet żałować, że nie jestem na meczu piłki nożnej (nie sądziłam, że kiedykolwiek przejdzie mi przez myśl coś równie głupiego). Podczas takiego spotkania zawodnicy również biegają bez celu za wypełnionym powietrzem kawałkiem skóry, ale są wysportowani i przystojni, a przeciętny zawodnik rugby waży 120 kg przy wzroście 175 cm i przynajmniej raz w życiu leczył złamany nos. Na domiar złego stadionowe piwo miało tylko 0,4 l objętości.

Do Rzymu nie pojechałam jednak dla meczu, nawet nie po to by spotkać znajomych (to są przyjaciele mojego faceta, bez najmniejszego wysiłku mogę wyobrazić sobie moje życie bez nich) . Do Rzymu pojechałam dla jedzenia. Znam ludzi, którzy nie lubią makaronu i obawiam się, że mogą pochodzić z innej planety. Ja kluski uwielbiam, często zamawiam je w restauracjach polskich i serbskich, ale po dwóch dniach we Włoszech nadwiślańskie czy bałkańskie spaghetti jawi mi się jako bardzo smutne zjawisko. Jak wykastrowany byk rozpłodowy. Niby chęci dobre, nawet potencjał na początku był, ale coś się po drodze poważnie popsuło. A pasta nigdzie nie smakuje tak jak w Rzymie. Wciąż nie mogę wyjść  z podziwu nad tym co Włosi potrafią wyczarować z klusek, pecorino (taki parmezan tylko z południa półwyspu) i wieprzowego podgardla. I wiem, że jak się to czyta, nie brzmi zachęcająco, ale gdybym mieszkała we Włoszech, musiałabym mieć w domu bramy wjazdowe zamiast drzwi, bo miałabym dupę wielkości fiata cinquecento od makaronu z guanciale właśnie.

Lubię też włoskie słodkości. Tiramisu na przykład. Kremowe żółciutkie od nieprzyzwoicie dużej ilości dodanych jajek. W ostatni wieczór weekendu pochłonęłam najlepszy makaron jaki w życiu jadłam, a przyglądając się deserowi klienta ze stolika obok, postanowiłam na koniec posiłku zamówić to samo co on. Był to mały słoiczek z białym kremem w środku, posypany z wierzchu garścią jagód. Uwielbiam jagody, są pyszne, zdrowe, farbują język na niebiesko. Poprosiłam mojego włoskiego kolegę by przekazał kelnerowi, którego angielski raczej nie powalał na łopatki, że chciałabym zjeść deser z jagodami. Pozostali zamówili tradycyjne tiramisu.

Kawowo-jajeczne pianki, posypane ciemnym kakao w miseczkach o rozmiarze przeciętnej szklanki do whisky, wjechały na stół jako pierwsze. Moje danie przyniesiono na końcu. Nie dostałam tego co chciałam. Na stole przede mną położono kawałek nieba! Moja miseczka nie różniła się niczym od tych należących do reszty towarzystwa, jednak tiramisu pokrywała warstwa sosu truskawkowo-jagodowego z zanurzonymi weń borówkami. A talerz wypełniony był po brzegi owocami polanymi tym samym sosem przy wtórze kleksa bitej śmietany. Gwarne towarzystwo przy stoliku ucichło na ten widok. I nie mogę ich za to winić, mnie też zatkało. Nie pstryknęłam zdjęcia mojego talerza, bo nie zwykłam tego robić, ale teraz żałuję. A wszystko smakowało jeszcze lepiej niż wyglądało, chyba nawet lepiej niż pasta. Określenie niebo w gębie musi pochodzić z Włoch!

Jeżeli macie okazję zjeść w Rzymie makaron to  polecam Lo Scopettaro, Vecchia Roma (5 minut na piechotę od Koloseum) lub Da Felice. W żadnym innym miejscu nie maiłam tylu wielokrotnych orgazmów co tam. A z każdym następnym daniem rozkosz była większa.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s