Kobiety lecą na pieniądze

three-3075752_1920.jpg
Źródło: pixabay.com, nastya_gepp

Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Myślę, że dla kobiet ważniejsze niż pieniądze same w sobie są władza i wysoki status w całym jego obszernym znaczeniu, a że idą one w parze z forsą, to już inna historia. Jedno jest pewne. Zamiłowanie kobiet do dobrobytu staje się problematyczne dla tych facetów, którzy nie potrafią im go dać. Ale czy to, że on jest finansowym niedojdą jest winą tych przedstawicielek płci niewieściej, które nie są nim zainteresowane? Czy może raczej odpowiedzialnością za ten stan rzeczy można obarczać jego zamiłowanie do gier komputerowych i szeroko pojętego braku chęci do dalszego rozwoju zawodowego? Nie słyszałam by mężczyźni zamożni narzekali na to, że kobiety lecą na pieniądze. A przecież oni też chcą miłości, zaangażowania, ciepła i rozmów po świt przy lampce wina na dywanie przed kominkiem (zakładam że w taką noc dywan perski mniej kłuje w tyłek niż poliestrowy). Chcą również, żeby tymi uczuciami obdarzyć ich samych, a nie  ich portfele. A może jest tak, że fajne kobiety wybierają fajnych, interesujących facetów, a średniaki ciągną do średniaków?

Dzięki wspólnej koleżance poznaliśmy się kiedyś z chłopaczkiem (lat miał koło trzydziestu, ale mentalność nastolatka), którego przyjaciel pracował w tej samej firmie co ja. Zgodnie z opisem mojego znajomego, jego kumpel został porzucony przez dziewczynę, która związała się z kimś innym dla kasy. Owego przyjaciela nie kojarzyłam, ale tak się składało, że rzeczoną poszukiwaczkę złota dane było mi poznać przy innej okazji (o czym chłopaczek nie miał pojęcia). Znałam również tego drugiego. Nie wiem ile zarabiał, ale fakt posiadania samochodu, tylko o połowę młodszego niż on sam, nie wskazywał na to, że stan jego finansów był łakomym kąskiem dla kobiet szukających zysku (chyba, że był dziedzicem ogromnej fortuny i pracował w korpo dla rozrywki, a gratem jeździł ze względów sentymentalnych). Dziewczyna była ambitna, w ciągu kilku lat kilkakrotnie awansowała. Czy to takie dziwne, że wolała związać się z gościem, którego aspiracje przekraczają najniższą krajową. I dochodzimy do punktu, w którym należy zapytać czy  problemem w tej sytuacji rzeczywiście była ta dziewczyna czy może jej były, który nie był na tyle fajny żeby móc zatrzymać przy sobie fajną laskę?

Znałam też inną parę. Związali się ze sobą w podstawówce, jak jeszcze była sześcioklasowa (cokolwiek to może znaczyć gdy się ma 14 lat). Ona choć nie grzeszyła urodą czy stylem, była zgrabna, inteligentna i zabawna. On. Cóż… Każdy z nas ma takiego pulchnego wujka, albo kuzyna, których spotykamy tylko na weselach, bo tylko tam nie da się ich uniknąć. Facet zawsze za dużo pije, za dużo mówi, a wszystko co wydobywa się z jego ust jest tak żenujące, że sprawia, iż zastanawiasz się jak to możliwe, że jesteście ze sobą spokrewnieni. Typ kolesia, który jako jedyny w grupie śmieje się ze swoich żartów. Na domiar złego, jest przekonany o byciu duszą towarzystwa. I to właśnie jest najbardziej trafny opis tego chłopaka. Ona wyjechała an studia do wielkiego miasta, a później załapała się na staż za psie pieniądze. A on zahaczył się jako spawacz w lokalnym przedsiębiorstwie, zarabiał kilka lub kilkanaście razy tyle co jego dziewczyna. Odeszła od niego dla chłopaka z pracy, którego miesięczne wynagrodzenie nie różniło się zbytnio od jej stawki. Ale z nim mogła wyjść do muzeum, albo do kina. I nie na „Borata” tylko na „Czarnego Łabędzia”.

Pieniądze na nic się zdadzą jeżeli w związku nie iskrzy. Nawet gdy facet jest całkiem przystojnym, szarmanckim niczym Wodecki w Tańcu z Gwiazdami, współwłaścicielem prężnie działającego biznesu, właśnie wyremontował dom pod miastem, a na randki wozi ją SUVem za 200 tysięcy. Jeżeli nie iskrzy, to nic z tego nie będzie. Uwierzcie mi, byłam tam. Spotkałam się z takim mężczyzną kilka razy, ale znajomość umarła śmiercią naturalną bez wyrzutów z którejkolwiek ze stron. Po prostu nudziliśmy się ze sobą. Świetnie bawiłam się za to, w towarzystwie Pana Fleurette. Gdy się poznaliśmy jeździł ośmioletnim Fordem Fiestą z zepsutą skrzynią biegów, a w jego mieszkaniu nigdy nawet nie wybrzmiało słowo „remont”, choć tynk w łazience spadał na głowę podczas przeciągów.

Tego wieczoru siedziałam w moim ulubionym barze i sączyłam Dry Martini. Przybyłam na miejsce kilka minut wcześniej (co zwykle mi się nie przydarza), Pan Fleurette miał się do mnie przyłączyć po pracy. Wtem dosiadł się do mnie mężczyzna. Facet absolutnie nie w moim typie. Krępy, muskularny z zarysowanymi mięśniami klatki piersiowej pod bawełnianą koszulą w kwiaty. Chinosy odkrywały jego nagie kostki wystające znad mokasynów. Włosy krótko przystrzyżone z niedorzecznym, wygolonym przedziałkiem na CR7. Twarz myślą nieskalana. Całokształt prezentował się aseksualnie, jednak on sam był mocno przekonany o swojej atrakcyjności (a ja byłam przekonana, że są kobiety, którym może się podobać, choć nie rozumiałam dlaczego). Wstawiony, ale nie zalany w trupa. Zapytał czy może postawić mi drinka. Odpowiedziałam po angielsku, że nie znam serbskiego, co w tym kraju zwykle wyzwala mnie od przymusu werbalnego kontaktu, na który akurat nie mam ochoty. Nie tym razem niestety. Facet mówił w języku Keatsa (choć nieco niej śpiewnie niż słynny liryk) i był podpity, co dodatkowo wzmogło jego odwagę. Żałowałam, że nie był trzeźwy, bo wtedy z pewnością zauważyłby siedzącą nieopodal blondynę z piersiami równie sztucznymi co usta. Niewątpliwie bardziej atrakcyjną ode mnie. Jak pech, to pech. Był namolny i nudny jak flaki z olejem. Kiedy odpowiadając na pytanie czy chodzę na siłownię, stwierdziłam, że staram się trzymać od niej jak najdalej, dowiedziałam się, że to błąd i miałam okazję posłuchać o tajnikach jego treningu (czy istnieje bardziej żenujący temat na podryw?). Bardzo szybko przestałam być grzeczna i zaczęłam go ignorować z pełną premedytacją.

I wtedy do baru wszedł on, absolutnie w moim typie. Wysoki, szczupły, w okularach. Biała koszula wybijała się na tle granatowego garnituru od Bossa. Niebieski krawat w paski w odcieniu marynarki podkreślał kolor jego oczu. Wyglądał jak milion serbskich dinarów. Podszedł do mnie cmoknął w policzek i zapytał czy długo czekałam. Sportowiec zobaczywszy tę scenę skwitował ją tekstem w stylu, „baby lecą na kasę”. Rozśmieszyło mnie oświadczenie, które wypłynęło z ust faceta stosującego w barze podryw na czerstwe mięśnie torsu.

(Sama wybrałam garnitur i krawat, a przy okazji sprezentowałam sobie damską torebkę, która dobrze wygląda w komplecie z nimi, gdy wychodzimy razem na spacer)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s