O strachu słów kilka

Transparent znajdujący się nieopodal gruzów zbombardowanych prze NATO budynków MON

Strach oblatuje mnie w Serbii dość często. Są to głównie krótkie chwile. Trwające kilka sekund momenty na ulicy, w sklepie czy na targu (zwłaszcza tam). Winę za ich pojawianie się ponosi ekspresja. Kto choć raz miał okazję ich spotkać, ten wie, że Bałkańczycy to południowcy. I mimo że serbski, również należący do grupy języków słowiańskich, jest podobny do polskiego, to jednak, intensywność wypowiedzi rodaków Novaka Djokovica i moich znacznie się od siebie różnią. Kiedy widzę dwóch prowadzących konwersację Serbów, to myślę, że rozmowa ta bez porządnego mordobicia obejść się nie może. Okazuje się jednak, że nie mam racji, bo panowie najzwyczajniej w świecie komentują pogodę albo zepsuty kaloryfer. Ale robią to, z pasją równą ich południowym braciom z Grecji czy Sycylii!

Belgrad jest bardzo starym miastem. Jego początki sięgają tak dawno, że zapewne pamięta czasy kiedy Morze Martwe było jeszcze chore. Ze względu na swe położenie u ujścia dwóch rzek stał się miejscem strategicznym z punktu widzenia obrony, najpierw dla Celtów, a później Rzymian. W porównaniu ze stolicą Serbii, Złotoryja (najstarsze miasto w Polsce) to dopiero obsypana trądzikiem młodzieńczym nastolatka. Belgrad ma wspaniałą, ale równocześnie tragiczną historię. Wieki temu wielokrotnie doświadczał najazdów Imperium Osmańskiego, a zaledwie 20 lat wstecz samoloty NATO bombardowały samo jego centrum. Podczas operacji zbrojnej Sojuszu z 1999 roku w całym kraju, pozbawionych życia, zdaniem strony Serbskiej zostało około 2000 cywilów. NATO twierdzi, że ofiar śmiertelnych było niewiele ponad 500. Dziś Belgrad uleczył się już z ran. Tętni życiem i wiosną pachnie kwiatem lipy, ale nadal ma wiele blizn, o których jego mieszkańcy będą pamiętali jeszcze długo.

Mieszkam w samym centrum. Z domu mam mniej niż kilometr do Parlamentu i Pałacu Prezydenckiego. Podobny dystans dzieli mnie od Ministerstwa Obrony Narodowej, którego gmach jest dzisiaj tylko ruiną przypominającą Serbom o tragedii wojny sprzed 2 dekad. Oficjalnie mówi się, że konstrukcja nie została odbudowana, by stać się pomnikiem tamtych wydarzeń. Parlament i gmach MONu są punktami zapalnymi miasta. Bywa tak, że przed tym pierwszym demonstracje odbywają się co kilka dni. Jak w poniedziałek protestują przeciwnicy rządów Vučicia, to w środę jest manifestacja jego zwolenników. Oprócz tego zaliczyłam tu już ze trzy pochody o podłożu religijnym i paradę równości, dzięki której zmuszona byłam kiblować w mieszkaniu przez całą słoneczną sobotę. Zgromadzeń należy się w Belgradzie spodziewać codziennie. Tak na wszelki wypadek.

Jakiś czas temu wracałam do domu wczesnym wieczorem. Było jeszcze jasno, wiał przyjemny, ciepły wiatr znad Sahary (tak naprawdę, nie mam najmniejszego pojęcia skąd dął, ale zdanie nadaje akapitowi lirycznego charakteru, a sam wiatr był znacznie cieplejszy niż ten, którego można spodziewać się w Polsce w kwietniu). Twarz ogrzewały mi promienie, zachodzącego słońca. Pomyślałam, że przyjemnie byłoby usiąść w jednym z ogródków, których w okolicy są setki, wypić lemoniadę i delektować się schyłkiem pierwszego wiosennego dnia tego roku. Zanim jeszcze wybrałam kawiarnię, do moich uszu dobiegły odgłosy demonstracji. Przyznaję, że jest to dziwne i zatrważające uczucie gdy ma się świadomość, tego że gdzieś niedaleko, setki osób skandują hasła, których się nie rozumie. Nie wiadomo nawet czy są to słowa pozytywne, czy mowa nienawiści. Chcąc wywnioskować czy znajduję się blisko potencjalnego zagrożenia, zaczęłam przyglądać się przechodniom, którzy zmierzali w tym samym kierunku co ja. Nie wykluczam, że mógł to być tylko wymysł mojej pobudzonej wyobraźni, ale miałam wrażenie, że im bliżej centrum pikiety się znajdowałam, tym bardziej ludzie przyśpieszali kroku, matki kurczowo chwytały dłonie swej dziatwy. Poczułam na plecach oślizgłe macki strachu. Mam świadomość tego, że mój lęk mógł być całkowicie irracjonalny. Demonstracja wcale nie nie musiała nieść ze sobą negatywnych emocji. Ludzie mogli nawoływać do miłości, pokoju, albo wyzwolenia krasnali ogrodowych. Nie zaryzykowałam jednak brnięcia w ich stronę żeby się dowiedzieć. Tłum ma tendencję do bycia głupim i nieprzewidywalnym. Tego popołudnia, zamiast lemoniady w ogródku otoczonym zielenią, wypiłam szklankę wody na betonowym tarasie mojego mieszkania. W bezpiecznej odległości od głośnego skupiska ludzi, którzy krzyczeli jeszcze długo po tym jak dotarłam do domu. Następnego dnia zaczęło padać i nie przestało przez kolejny miesiąc.

Dziś jechałam tramwajem. Pojazd był stary, a jego wnętrze zatłoczone i rozgrzane jak piec. Wracający z pracy pasażerowie przysypiali z głowami opartymi o szyby. Metalowo-szklana kapsuła wagonu skutecznie oddzielała mnie od dźwięków miasta. Nie słyszałam co działo się po jej drugiej stronie. Na jednym z przystanków zobaczyłam dużą grupę żywo gestykulujących ludzi. Szybko przypięłam im łatkę złowrogo nastawionych krzyczących demonstrantów. Nie chciałam żeby wsiedli do tramwaju. Chciałam spokoju i ciszy. Dopiero po chwili zorientowałam się że ich gesty nie miały najmniejszego związku z negatywną energią. Były najcichszym z możliwych rodzajem krzyku. Oni migali.

Strach ma wielkie oczy i zakuty łeb, bo boimy się tego, czego nie znamy i nie rozumiemy.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s