Dzieci wesoło nie poszły do szkoły, bo ktoś w rodzinie musi żebrać na chleb

Aamir Mohd KhanPixabay 

Koniec października. Niebo zasnuło się barwą ołowiu. Trudno stwierdzić czy swój kolor zawdzięczało ciężkim, nisko zawieszonym chmurom czy wszechogarniającemu tutaj smogowi. Prawdopodobnie mieszance obu. Słońce wstało bardzo późno. Jak co dzień rano wypiłam kawę, zrobiłam makijaż. Miękki szlafrok zamieniłam na dużo bardziej formalne ubranie. Założyłam skórzane buty, puchową lekką kurtkę, opatuliłam się kaszmirowym szalikiem, później sprawdziłam czy w torebce mam rękawiczki. Na koniec dałam mojemu mężczyźnie buziaka na pożegnanie i zaczęłam nowy dzień. Na zewnątrz było zimno. Prawdopodobniej cieplej niż w Polsce o tej porze roku, ale mimo wszystko cieszyłam się, z otulającej mą szyję wełny. Jak co dzień minęłam chudego kota bez oka, któremu kupię coś do jedzenia wracając do domu. Przeszłam przez jezdnię, obejrzałam wystawę sklepu obuwniczego, na której od wczoraj nic się nie zmieniało. Czekając na zielone światło na kolejnych pasach, obserwowałam elegancką kobietę w markowych okularach i przystojnego faceta w średnim wieku. Granatowy płaszcz podkreślał zimny odcień jego siwiejącej skroni. Mijałam przechodniów, kolejne sklepy, sprzedawcę smażonych kasztanów. Nie chciałam tam patrzeć, ale ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem. Odwróciłam głowę i spojrzałam na drugą stronę ulicy. Był tam. Jak co dzień siedział skulony w witrynie jednego ze sklepów z wyciągniętą po pieniądze prawą ręką. W lewej trzymał kawałek kartonu zapisany cyrylicą. Nie umiałam przeczytać znajdujących się nań słów, znam tylko alfabet łaciński. Nie wiedziałam co na nim napisano. Nie byłam nawet pewna czy sam to napisał. Wygląd jego twarzy zdradzał, że zmaga się z upośledzeniem, pewnie od dziecka. Miał na sobie tę samą bluzę co wczoraj i te same trochę przykrótkie spodnie. Spod spłowiałej nogawki wystawał kawałek skóry jego łydek. Palce wyciągniętej ręki, podobnie jak nos, miał zaczerwienione od chłodu. Siedział ze spuszczoną głową. Sprawiał wrażenie upokorzonego. Ma jakieś szesnaście lat. A ulica to ostatnie miejsce, gdzie powinien się znajdować.

Kawałek dalej stanęłam przed kolejnym przejściem dla pieszych na dwupasmowej ulicy, której jadące w przeciwnych kierunkach samochody, oddzielone były od siebie pasem betonu jeszcze bardziej ciemnego niż wiszące nisko nad nim niebo. Ten pozbawiony asfaltu skrawek ziemi był bezpieczną wyspą dla dwóch brudnych dziewczynek o prawdopodobnie romskim pochodzeniu. Starsza ma na oko siedem lat, młodsza możne pięć. Pędzące samochody w końcu zatrzymały się na czerwonym świetle. Po krótkiej przerwie dziewczynki ruszyły ponownie do pracy. Zupełnie jak kilka minut wcześniej. Słychać było najpierw tupot kroków małych bucików na asfalcie, a później odgłos stukania brudnych paluszków o szyby samochodów. Młodszej udało się trafić na pojazdy z kobietami na miejscu pasażera, one chętniej otwierają okna. Zmiana świateł, szybki bieg z powrotem na wysepkę. Obserwowałam jak pięciolatka bawi się swoimi pieniędzmi. W jej dziecięcej wyobraźni Vuk Stefanović Karadžić  rozmawiał właśnie z Petarem Petrović-Njegošem. Starsza siostra zabrała jej banknotowe lalki i policzyła łup. Nieopodal z podziemnego parkingu jednego z najdroższych hoteli w mieście wyjechały trzy identyczne grafitowe, nowe mercedesy z przyciemnionymi szybami. W kontekście sceny, która rozegrała się tutaj zaledwie chwilę temu, ich błyszczące karoserie prezentowały się groteskowo w szarej scenerii. Światło zmieniło się tym razem dla mnie, poszłam dalej.

Dotarłam do deptaka. Gdzie, jak co dzień, malarze wystawiali swoje dzieła, muzyka ulicznych grajków wżerała się przechodniom mimowolnie w uszy. Był tam niespełniony rockman z gitarą i długimi siwymi włosami śpiewający po angielsku coś o schodach do nieba oraz akordeonista showman. Zawsze w tym samym miejscu. Zawsze w tych samych wielkich okularach przeciwsłonecznych. Zawsze w podobnych do siebie, rzucających się w oczy modnych ciuchach. Jak zwykle siedział na boomboxie, który wygrywał w ośmiobitowym stylu melodie wszystkich największych hitów minionego lata. Akordeonowe aranżacje podobały się przechodniom, którzy stali w niewielkiej grupie i oglądali występ klaszcząc w rytm wydobywającego się z głośników bitu. Część z nich kręciła wideo telefonami. Większość z w końcu sięgnęła do kieszeni po portfele. Był świetny, jego kubeczek na drobne szybko się napełniał. Na drugim końcu deptaku stał inny akordeonista. Ma jakieś dziesięć lat, nie nosi okularów ani modnych ciuchów. Nie ma boomboxa. Śpiewa folkowe serbskie piosenki, do których przygrywa na swoim instrumencie. Gra kiepsko, śpiewa jeszcze gorzej. Jego kubeczek jest pusty. Może to i lepiej, nie sądzę by kiedykolwiek w ogóle miał dostęp do pieniędzy, które zarobi.

Na przedmieściach Belgradu w dzielnicy Palilula znajdują się slumsy zamieszkane głównie przez ludność romską, ale również przez uchodźców z Albanii, Kosova czy Egiptu. Większość znajdujących się tam prowizorycznych domów wykonanych z błota i kartonu nie ma ogrzewania, elektryczności czy bieżącej czystej wody. Dzieci bez dostępu do edukacji do końca życia pozostaną analfabetami.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s