Fit hejt

Ryan McGuire, Pixabay

Początek nowego roku, szał postanowień. Siłownie i kluby fitnessu pękają w szwach. Kobiety postanawiają, że w końcu zrzucą te zbędne kilka kilogramów, których wciąż nie udało im się pozbyć po ciąży. Ta tusza im ciąży, wszak stan błogosławiony zakończył się sukcesem już jakiś czas temu. Wskazuje na to fakt, iż dziecko od dawna chodzi do przedszkola. Mężczyźni, z kolei postanawiają w końcu wyrobić klatkę. Jak są młodsi, to myślą, że laski lecą na mięśnie niczym ze stali. Ci starsi zaś, powoli wchodzą w kryzys wieku średniego i zaczynają zdawać sobie sprawę, z tego że z piwnym brzuchem będą wyglądać karykaturalnie u boku potencjalnych młodziutkich kochanek. Oprócz tego wszyscy zaczynają zdrowo jeść i przestają pić. Alkohol oczywiście, bo wody piją pięć litrów dziennie. Rzygać mi się chce tym fit lobby.

Siedzący tryb życia jest niezdrowy, dlatego należy się ruszać. Ja na przykład serwuję sobie kilka godzin marszu tygodniowo. Lubię chodzić, sprawia mi to ogromną przyjemność. Oprócz tego od jakiegoś czasu regularnie ćwiczę jogę. Odkąd zaczęłam, przestały boleć mnie, onegdaj mocno napięte, mięśnie karku i ramion. Ale jak tak spaceruję, to zamiast specjalnych chłonących pot i przewietrzających skórę legginsów do treningu, mam na sobie zwykłe dżinsy. A jogę zamiast w modnym klubie fitness, ćwiczę w domu z panią z YouTube’a. Robię to bo nie lubię ludzi. A grup spoconych ludzi, których każdy członek, w tym samym czasie, wygina swoje ciało w identyczny, nienaturalny sposób, przez równą zegarową godzinę, to nawet nienawidzę! Dlatego właśnie żadnej z moich aktywności nie można zaliczyć do prawdziwego treningu. A przecież Instagram mówi, że trenować TRZEBA!!! No więc zaczynam się dołować. Wtedy media, z wykorzystaniem psychologicznych sztuczek, przesyłają mi podprogowy przekaz, brzmiący mniej więcej tak: No i bardzo dobrze, że jesteś zdołowana, bo skoro o siebie nie dbasz to nie masz prawa być szczęśliwą. Fit guru nie upoważnili Cię do szczęścia, ty leniwy smrodzie!

Jem zdrowo. Do kupowanych w sklepach przetworzonych produktów spożywczych jakie znajdują się w moim jadłospisie należą dojrzewające szynki, masło, pieczywo, sery i wino, no ale do cholery przecież mieszkam we Francji! Wszystkie posiłki gotujemy sami, z produktów kupionych na targu (Pan Fleurette lubi targi. Czego ja absolutnie nie pojmuję, ale dzięki jego zamiłowaniu naszą lodówkę wypełniają zdrowe i świeże produkty). Codziennie jemy warzywa i owoce. Kupiony w październiku cukier, dalej leży w szafce w szczelnie zamkniętym opakowaniu. Niestety trudno nazwać zdrowymi nasze nawyki żywieniowe, skoro w swojskim jadłospisie nie ma miejsca na nasiona chia i inne TURBOFOODS!!! A przecież powszechnie wiadomo, że takie wynalazki jadają tylko osoby, które o siebie dbają. Dlatego po skonsumowaniu przygotowanego przez mamę, pysznego kawałka ciasta, powinnam mieć wyrzuty sumienia. Bo w przeciwieństwie tego brownie z fasoli co to jest bez glutenu, bez cukru, bez tłuszczu i w dodatku absolutnie bez smaku, ów sernik dostarczył memu ciału oprócz przyjemności, około dwustu pustych kalorii. Nieładnie, bardzo, bardzo nieładnie. Jakieś fit guru pewnie siedzi teraz gdzieś w kącie i płacze nad moim marnym, tłustym losem.

Należy być tolerancyjnym. Dlatego nie można komentować religii innych ludzi, ich koloru skóry, niepełnosprawności, odmiennych poglądów, czy tuszy. No tuszy w kontekście tego, że ktoś jest gruby to nie, ale… jakby tak grubej osobie z troską w głosie powiedzieć, że powinna O SIEBIE ZADBAĆ, i jakby temu tłuściochowi dodatkowo podrzucić jeszcze zestaw ćwiczeń i dietę za tysiąc złotych polskich, to w ten sposób już można spaślakom sugerować, że są grubi, a właściwie to nawet trzeba! Bo to wszystko robi się w TROSCE o ich zdrowie, oczywiście. Taki paradoksik…

Fit-trend bardzo dawno temu opanował, zarówno internet, jak i tradycyjne media. Standardowo wyskakuje już z lodówki czy pralki. Czekam jeszcze na moment, kiedy w końcu do dyskontów zostanie wprowadzony fit-papier-toaletowy, do którego trzeba będzie podskoczyć kilkanaście razy, by tym samym umożliwić sobie oderwanie jednego trójwarstwowego listka od całej rolki. A skoro o zakupach mowa. Kiedy jedna z firm wydaje akurat nowy produkt, niech będzie to telefon komórkowy, to takie wydarzenie spotyka się z ogromną falą krytyki. Bo poziom konsumpcji wzrasta, bo taki gadżet nie jest ludzkości potrzebny, bo wykorzystuje się mieszkańców krajów trzeciego świata, którzy pracują w nieludzkich warunkach produkując takie czy siakie doń podzespoły. Jednak powszechnie wiadomo, że rolnicy na polach plantacji quinoa (kinoa) w Indiach czy Pakistanie, mają szczęście pracować, owszem ciężko, ale wyłącznie wewnątrz klimatyzowanych, najnowocześniejszych, wyściełanych atłasem, maszyn rolniczych. No i nikogo nie trzeba przekonywać, że ogółowi populacji ludzi w krajach europejskich obecność na stołach komosy ryżowej, jest wręcz niezbędna do funkcjonowania w fit-rzeczywistości.

Oczywistym jest również, że jak masz zamiar kupić nowe szpilki, to dla dobra Planety powinnaś przestać słuchać podszeptów szatana konsumpcji i zrezygnować z tego diabelskiego projektu. Ale najnowszy model adidasów do biegania jest Ci niezbędny do odniesienia sukcesu w nadchodzącym maratonie (nawet jeżeli poprzednia para nie zdążyła jeszcze, jakoś specjalnie się zniszczyć). Bo w trosce o Twoje kolana, w podeszwie tych nowych butów, z wbudowaną weń kosmiczną niemal technologią, znajdują się poduszki powietrzne, które w anatomiczny sposób asekurują każdy Twój krok. A przecież MUSISZ O SIEBIE DBAĆ!!!

Pytam, więc co dziś znaczy określenie „dbać o siebie”. Czy naprawdę osoby, które biegają maratony i podnoszą codziennie ciężary na siłowniach robią to w tak wzorowy sposób? Nie wiem, nie należę do żadnej z tych grup, ale myślę, że kolana tych pierwszych i kręgosłupy tych drugich mogłyby wyrazić odmienne zdanie na ten temat (gdyby jakimś cudem posiadły możliwość wyrobienia sobie, a później wyrażania opinii). Czy to nie jest tak, że kwestia dbania o siebie zależy od kontekstu? Owszem, zjedzenie kawałka zapychającego tętnice roqueforta przy wtórze rujnującej wątrobę lampki wina, w kontekście długowieczności nie brzmi najlepiej. Ale jakbym do tego roqueforta i lampki Lambrusco dodała płomień kominka i wyśmienite towarzystwo ludzi, których kocham, to nagle robi się z tej, jakże prozaicznej, ANTYFIT sceny, uczta duchowa. Niestety atakująca mnie zewsząd fit-moda dopuszcza tylko jeden kontekst życia. Jakby bycie zdrowym i długowiecznym, stało się celem samym w sobie. Kto owej mantry w swym życiu doczesnym nie propaguje, ten ewidentnie marnuje wspaniały potencjał swej egzystencji.

A ja pragnę wszystkim fit-misjonarzom głoszącym zdrową nowinę, z delikatnością niemal porównywalną do subtelności działań Hiszpańskiej Inkwizycji, powiedzieć żeby spierdalali! I dali mi żyć własnym życiem tak jak ja tego chcę, a nie jak im się wydaje, że powinnam.


2 myśli w temacie “Fit hejt

  1. 😀

    A wiesz, że uśmiałam się czytając ten wpis? Pierwszy raz parsknęłam na zdaniach „Robię to, bo nie lubię ludzi. A grup spoconych ludzi, których każdy członek, w tym samym czasie, wygina swoje ciało w identyczny, nienaturalny sposób, przez równą zegarową godzinę, to nawet nienawidzę!”. Potem jeszcze kilka razy, aż ryknęłam solidnie na poincie o fit-misjonarzach :DD

    Dzięki !

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s