„Nobody puts Baby in a corner”, czyli punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia

Jestem kobietą niebanalną, choć stereotypowe upodobania miewam. Dlatego od czasu do czasu lubię obejrzeć romansidło, ot takie mam guilty pleasure. A kiedy owa ochota mnie nachodzi to, zamiast włączać nową produkcję z Jenifer Aniston czy inną Kate Hudson, sięgam raczej po sprawdzone tytuły jak Briget Jones (o tym więcej możecie poczytać TU), Pretty Woman, Dirty Dancing czy Pożegnanie z Afryką jeśli to akurat taki dzień, że happy endu mogłabym nie znieść. Niedawno, kiedy prowadziłam samochód jedna ze stacji radiowych odtworzyła akurat „She’s like the wind” Patricka Swayze. To było niczym moment objawienia. Niebo jakby się rozstąpiło, a ja poczułam wstępujące we mnie przekonanie, że oto today is THE day! The day for Dirty Dancing! Jeszcze tego samego wieczoru z nieskrywaną radością włączyłam ulubiony film.

Wirujący Seks (mam nadzieję, że tłumacz, który wymyślił ten tytuł stracił prawo wykonywania zawodu i już nigdy go nie odzyska) obejrzałam po raz pierwszy gdy byłam niewiele młodsza od Frances. W Johnnym oczywiście zakochałam się od razu. Bo nie oszukujmy się, poza faktem, że główny bohater filmu nigdy nie skończy prawa na Harvardzie, która to wada wydaje się być z oczywistych przyczyn dość istotną dla doktora Housemana – ojca głównej bohaterki, to Johnny ma raczej niewiele wad. Opiekuńczy w stosunku do wszystkich mu bliskich osób, przystojny (Boże jaki on jest przystojny! Od dawna nie jestem już nastolatką a wciąż doceniam. Żadne tam sześciopaki Avengersów, ale ramiona Johnego Castle! Wszak prawdziwy mężczyzna nie wygląda jak Superman. Prawdziwy mężczyzna ma sześciopak jak go wkłada do bagażnika na parkingu pod Biedronką). Trzeba jeszcze dodać, że samoocena odrobinę mu szwankuje, ale żadna szanująca się nastolatka nie uważa tego za istotną przeszkodę, przecież związki są po to żeby się wzajemnie wspierać! Piękna historia, piękni ludzie, pięknie tańczą. Też tak chciałam!

Kiedy oglądałam Dirty Dancing po raz pierwszy, w ogóle nie załapałam tego, że Penny jest w ciąży, a już na pewno nie zrozumiałam faktu, że zabieg, któremu się poddała to była aborcja. Kiedy oglądałam Dirty Dancing po raz pierwszy, nie rozumiałam dlaczego Kellermanowie dzielą swoich pracowników na równych i równiejszych. Kiedy oglądałam Dirty Dancing po raz pierwszy, ojciec Frances, był dla mnie potworem, czarnym charakterem, który segreguje ludzi tak samo jak wyżej wymienieni, tylko dlatego, że sprzeciwił się romansowi swojej córki z dużo od niej starszym tancerzem. Kiedy oglądałam Dirty Dancing po raz pierwszy, była to dla mnie piękna historia o trudnej miłości, która przetrwa nawet największe przeciwności losu.

Kiedy dziś oglądam Dirty Dancing, to uśmiech wciąż nie schodzi mi z twarzy (z wyjątkiem odjazdu Castle i sceny, w której Lisa tuli załamaną Baby – bo wtedy zwykle jednak płaczę), wciąż kocham Johnnego, ale chciałabym mu raczej matkować niż wykonywać zeń frykcyjne ruchy w tańcu. Dziś rozumiem tragedię młodej kobiety, która nie ma wsparcia w rodzinie. Dziś rozumiem dlaczego Penny mówi przed zabiegiem, że się boi. Dziś doktor Houseman nie jest już dla mnie potworem, a zatroskanym ojcem. Przerażonym tym, że jego mała córeczka wchodzi w dorosłość. Chcącym ją chronić przed facetem, który wydaje się być bezwzględnym egoistą i kobieciarzem, który niechybnie skrzywdzi jego dziecko, wszak wskazują na to wszelkie pozory. Dziś się mu nie dziwię. Oglądając Dirty Dancing dziś widzę historię o społecznych podziałach i życiowych niesprawiedliwościach, widzę to, że światem rządzi pieniądz. Parafrazując słowa „Robbiego the creep’a” – jak trafnie określiła jego osobowość Penny – widzę historię o tym, że jedni się liczą a inni nie, a dzieje się tak tylko dlatego, że pierwszych od drugich różni zasób portfela. Kiedy dziś oglądam ten film, widzę w nim naiwną historyjkę miłosną dla nastolatek, która w prawdziwym życiu nie miałaby szans się wydarzyć.

Dzisiaj widzę trochę więcej, ale nie sądzę by ludzie z wiekiem stawali się mądrzejsi, po prostu poszerza im się perspektywa. Ciekawe co jeszcze uda mi się zobaczyć w tym filmie za kolejnych 15 lat. Bo zapewne z ogromną przyjemnością obejrzę go jeszcze nie raz! A Wy? Lubicie Dirty Dancing?


Wiedzieliście, że Swayze uważał kultową dziś kwestię „Nobody puts Baby in a corner” za głupią i chciał żeby była wycięta ze scenariusza?


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s